Luter a przeciwności losu
Jak
pisałem, Marcin Luter to człowiek z krwi i kości. Na przestrzeni lat
stawiał on czoła wszelakim przeciwnościom losu, pozostając wiernym Słowu
Bożemu. Jako członek Kościoła domagający się reform, wypowiedział przed
cesarzem Karolem V, legatem papieskim i książętami niemieckimi na
sejmie w Wormacji (1521): „Dopóki nie zostanę przekonany przy pomocy
Pisma Świętego i zdrowy rozsądek, bo
papieżom i soborom nie wierzę, to pewne, że często mylili się i
przeczyli samym sobie, jestem pokonany przez przytaczane przeze mnie
pisma a moje sumienie pozostaje w niewoli Słowa Bożego, nie mogę i nie
chcę niczego odwołać, ponieważ czynienie czegokolwiek wbrew sumieniu
jest rzeczą niebezpieczną i niesłuszną. Tu stoję, nie mogę
inaczej. Boże, dopomóż mi. Amen.” (WA 7, 838, 4-9) Był to niesamowity
akt odwagi i nonkonformizmu z Jego strony – sprzeciwić się Cesarzowi i
papieżowi, który wówczas miał realną władzę polityczną i duchową,
oznaczało najczęściej utratę życia. Trudno nawet wyobrazić sobie, co
mógł czuć, wyrażając jawne nieposłuszeństwo: strach, gniew, porażkę
niezrozumienia? Tylko dzięki wsparciu i ochronie księcia saskiego,
Fryderyka Mądrego, udało się Lutrowi ujść z życiem, został bowiem
uprowadzony w drodze powrotnej z sejmu do Wittenbergi na zamek Wartburg.
Podczas wielkiego chaosu i spustoszenia wojny chłopskiej Ojciec
Reformacji nie szukał kompromisu z Tomaszem Müntzerem, nawołującym do
odnowy kościelnej siłami zbrojnymi. Doktor Marcin był zdania, iż
Chrystus nawracał mocą Słowa a nie miecza. Nieugięty, nieprzejednany
idealista odwoływał się do Biblii, gdy chodziło o odpowiedzi na
nurtujące problemy moralne. Za wszelką cenę chciał pozostać sługą Pisma.
Za wszelką cenę. Wierny swojemu rozumieniu Ewangelii nie szukał drogi
pośredniej w rozmowach ze szwajcarskimi teologami w Marburgu (1529),
potwierdzając niejako tym samym rozłam reformacyjny. Wszystko to, co
sprzeciwiało się jego pojęciu wiary i Kościoła, a więc papiestwo, żydzi,
muzułmanie, wiedźmy itd., stanowiło dzieło szatana. Marcin Luter nie
był tolerancyjny w naszym rozumieniu tego słowa. Nie możemy jednak
zapomnieć, iż jego działalność odpowiadała zupełnie innym realiom
czasowym.
Życie nie oszczędzało Lutra również w sferze prywatnej. Jako kochający ojciec musiał pochować dwie swoje córki: dziewięciomiesięczną Elżbietę (1528) i trzynastoletnią Magdalenę (1542). Oczywiście można powiedzieć, że śmiertelność dzieci była w XVI wieku nieporównywalnie wyższa niż teraz a przez to bardziej powszechna i nie tak szokująca, jestem jednak zdania, że poczucie straty, rozpaczy i ludzkiego cierpienia nie traci na ponadczasowości, zwłaszcza w tak intymnej relacji jak dziecko-rodzic. Swoją teologiczną ufnością Luter potrafił jednak odnaleźć drogę życia. W jednym z wcześniejszych kazań napisał: „Wszyscy jesteśmy powołani do śmierci i żaden nie umrze za drugiego, lecz każdy osobiście będzie zmagał się ze śmiercią.” (WA 10 III, 1.7-2.2) Jego przeświadczenie, że „(…) natura wiary dowodzi swoją siłę w strachu, w śmierci, w grzechu i we wszystkim, co sprawia, że człowiek boi się i jest przygnębiony” porusza dogłębnie, prowokuje do refleksji.
W końcu Luter jako człowiek doświadczył niejednej przeciwności losu związanej z nieprawidłowym funkcjonowaniem swojego ciała. Przez całe życie zmagał się z licznymi chorobami: gnębiły go zaparcia, wrzody na żołądku, szumy uszne, zawroty głowy, cierpiał nieraz z powodu kamieni nerkowych, zmarł najprawdopodobniej na skutek dławicy piersiowej (zawału serca). Wszystko to stanowiło wielkie obciążenie psychiczne dla niemieckiego Reformatora, strapionego coraz częściej melancholią. Mimo to wywiązywał się z rozmaitych obowiązków, jakie szykowała mu codzienność: głosił kazania, prowadził żywą korespondencję, odwiedzał parafie ewangelickie w Saksonii i okolicznych księstwach, zapraszał znajomych na uczty i dyskusje, skutkiem czego powstały tzw. Mowy Stołowe itd.
Reasumując, życie Marcina Lutra nie było usłane różami. Dzięki temu jest On bliższy nam, zwyczajnym ludziom, mogącym czerpać inspirację z Jego postawy i przekonania. Można go krytykować za upór i brak zdolności do porozumienia, za impulsywność i niewybredny język. Z drugiej strony wcielał w życie swym codziennym działaniem to, co głosił. Luter był prawdziwy, wiarygodny ze wszystkimi swoimi wadami i przywarami, nie powielał sprawdzonego schematu zachowań, by zyskać popularność. Podczas burz życiowych wskazywał na stałą przystań, pewny grunt pod nogami na bagnach problemów i zwątpień, chwilę ciszy podczas zgiełku wywołanego nadmiarem obowiązków, spraw do załatwienia, na warowny gród - na Boga. Kwintesencją tej postawy niech będą słowa: „Wiarą jest pokonywanie trudności niemożliwym.” Trudno jest stać na straży sumienia, gdy wszystko wokół tak szybko zmienia się i relatywizuje. Ta kwestia nie traci na aktualności, prawda?
Życie nie oszczędzało Lutra również w sferze prywatnej. Jako kochający ojciec musiał pochować dwie swoje córki: dziewięciomiesięczną Elżbietę (1528) i trzynastoletnią Magdalenę (1542). Oczywiście można powiedzieć, że śmiertelność dzieci była w XVI wieku nieporównywalnie wyższa niż teraz a przez to bardziej powszechna i nie tak szokująca, jestem jednak zdania, że poczucie straty, rozpaczy i ludzkiego cierpienia nie traci na ponadczasowości, zwłaszcza w tak intymnej relacji jak dziecko-rodzic. Swoją teologiczną ufnością Luter potrafił jednak odnaleźć drogę życia. W jednym z wcześniejszych kazań napisał: „Wszyscy jesteśmy powołani do śmierci i żaden nie umrze za drugiego, lecz każdy osobiście będzie zmagał się ze śmiercią.” (WA 10 III, 1.7-2.2) Jego przeświadczenie, że „(…) natura wiary dowodzi swoją siłę w strachu, w śmierci, w grzechu i we wszystkim, co sprawia, że człowiek boi się i jest przygnębiony” porusza dogłębnie, prowokuje do refleksji.
W końcu Luter jako człowiek doświadczył niejednej przeciwności losu związanej z nieprawidłowym funkcjonowaniem swojego ciała. Przez całe życie zmagał się z licznymi chorobami: gnębiły go zaparcia, wrzody na żołądku, szumy uszne, zawroty głowy, cierpiał nieraz z powodu kamieni nerkowych, zmarł najprawdopodobniej na skutek dławicy piersiowej (zawału serca). Wszystko to stanowiło wielkie obciążenie psychiczne dla niemieckiego Reformatora, strapionego coraz częściej melancholią. Mimo to wywiązywał się z rozmaitych obowiązków, jakie szykowała mu codzienność: głosił kazania, prowadził żywą korespondencję, odwiedzał parafie ewangelickie w Saksonii i okolicznych księstwach, zapraszał znajomych na uczty i dyskusje, skutkiem czego powstały tzw. Mowy Stołowe itd.
Reasumując, życie Marcina Lutra nie było usłane różami. Dzięki temu jest On bliższy nam, zwyczajnym ludziom, mogącym czerpać inspirację z Jego postawy i przekonania. Można go krytykować za upór i brak zdolności do porozumienia, za impulsywność i niewybredny język. Z drugiej strony wcielał w życie swym codziennym działaniem to, co głosił. Luter był prawdziwy, wiarygodny ze wszystkimi swoimi wadami i przywarami, nie powielał sprawdzonego schematu zachowań, by zyskać popularność. Podczas burz życiowych wskazywał na stałą przystań, pewny grunt pod nogami na bagnach problemów i zwątpień, chwilę ciszy podczas zgiełku wywołanego nadmiarem obowiązków, spraw do załatwienia, na warowny gród - na Boga. Kwintesencją tej postawy niech będą słowa: „Wiarą jest pokonywanie trudności niemożliwym.” Trudno jest stać na straży sumienia, gdy wszystko wokół tak szybko zmienia się i relatywizuje. Ta kwestia nie traci na aktualności, prawda?
Literatura:
1. W. Winkler, Luther, 2016, 161-298.
2. V. Leppin, Martin Luther. Vom Mönch zum Feind des Papstes, 2013, 41-57.

Komentarze
Prześlij komentarz